| Dowodzi to zapewne niezwykłej |
| Dowodzi to zapewne niezwykłej siły mitu o rewolucyjności - a przynajmniej o dumnej niezawisłości - artysty: plastyk współczesny wstydzi się trochę za swoich konfratrów z wieków minionych za to, że nie byli buntownikami. I co więcej nie chce czasami zauważyć tej prawdy, jakże oczywistej: że choćby sam szedł w samej szpicy najnowszej, najbardziej paryskiej awangardy, to wcale nie znaczy, że z niego jest rewolucjonista. Jak powstał w XIX wieku ten mit? Spośród wielu przyczyn wymieńmy główne. Trochę podobnie jak w renesansie, zacieśniła się wówczas wspólnota inteligencji twórczej, literatów i artystów. Wystarczy przypomnieć najbardziej znane pary: Delacroix-Baudelaire, Turner-Ruskin, Champfleury-Courbet, von Marées-Fiedler, -Zola-in^r^joniśri,'^ Za długo by dociekać, dlaczego była to inteligencja w dużej mierze buntownicza, łatwiej natomiast zrozumieć, że w owej wspólnocie - zjeżonej przeciw rządom i filistrom - przestano po trochu rozróżniać funkcje: malarz stał się, podobnie jak pisarz, myślicielem, więc dosyć automatycznie - buntownikiem; dzielił przekonania przyjaciół, choć rzadko mógł je wyrazić tak heroicznie, jak Goya, Delacroix (zresztą jego Wolność na barykadach zakupił rząd) czy Daumier. |